„Cichociemni” – nazwa specjalnego oddziału Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie (W. Brytania), przeznaczonego do szkolenia i przygotowania kadr dowódczych i żołnierzy wywiadu i dywersji, kierowanych do walki na terytorium okupowanej Polski. Po ukończeniu programowego kursu żołnierze cichociemni (w większości oficerowie) przerzucani byli drogą lotniczą do kraju, gdzie wykonywali funkcje kierownicze i dowódcze w komórkach dywersji (Kedyw), wywiadu ZWZ – AK, m.in. w akcji „Wachlarz”. W zrzutach dokonywanych od 15 II 1941r. – 26 XII 1944r. Skierowano do kraju łącznie 344 skoczków, a 44 do innych krajów pod okupacją niemiecką (82 z nich zginęło w walce z Niemcami). Nazwa Cichociemni (CC) powstała wśród żołnierzy polskich w Szkocji w roku 1941 na tajnych kursach dywersji dla kandydatów do służby w kraju – podczas nocnych ćwiczeń, podchodów, zasadzek. Określała, choć niezbyt regulaminowo, ale trafnie. Obejmuje 316 żołnierzy AK zrzuconych do Polski w latach 1941-1944, początkowo w Wielkiej Brytanii, a później z południowych Włoch. Ponadto zrzucono do kraju 28 kurierów politycznych. 17 Polaków skakało w ramach akcji SOE do Albanii, Francji, Grecji, Jugosławii, i północnych Włoch. Liczba ta nie obejmuje Polaków, którzy w ramach polskiego zespołu francuskiej sekcji SOE byli zrzuceni do prowadzenia dywersji i wywiadu przy pomocy półmilionowego górniczego środowiska polonijnego w północnej Francji. Spośród cichociemnych zrzuconych do kraju 91 zginęło podczas wojny, 9 nie doleciało do Polski – zostali zastrzeleni podczas lotu, zabici w katastrofie wiozącego ich samolotu lub podczas skoku. Tajemnica, która okrywała cichociemnych od pierwszego ochotniczego zgłoszenia się w Anglii aż po ostatni dzień konspiracyjnej służby w Polsce, uchroniła niejednego z nich przed gestapo, ale w rezultacie utrudniła utrwalenie historii tej zbiorowości żołnierskiej. Inicjatywa zasilania organizacji podziemnych w kraju wyszkolonymi za granicą specjalistami, z której wywodzą się cichociemni, wyszła od majora Macieja Kalenkiewicza i majora Jana Górskiego. Dwaj przyjaciele, młodzi oficerowie sztabowi, w lutym 1940 roku złożyli w Paryżu generałowi Sikorskiemu memoriał proponujący szkolenie desantowców. Wśród różnych sposobów ich przerzutu do kraju autorzy wysuwali skoki spadochronowe, lądowanie samolotów i wodnopłatowców, które miały być niszczone po osiągnięciu celu. Nim propozycja doczekała się rozpatrzenia, Francja upadła, władze emigracyjne przeniosły się do Londynu. Autorzy memoriału pozostali wierni swej idei. Obaj jako cichociemni skakali do Polski. Major Maciej Kalenkiewicz – „Kotowicz”, zrzucony z 27 na 28 grudnia 1941 roku zginął 21 sierpnia 1944 roku w bitwie pod Surkontami. Major Jan Górski – „Chomik”, zrzucony z 14 na 15 marca 1943 roku, zginął zamęczony przez gestapo po aresztowaniu go w Krakowie 11 sierpnia 1944 roku. Polskie postulaty nawiązania łączności z krajem trafiły na podatny grunt w Wielkiej Brytanii. Łączność z okupywaną Polską była niezbędna również dla brytyjskiego sztabu, który na wypadek napaści Hitlera na Związek Radziecki przypisywał Polsce, stanowiącej wówczas bezpośrednie zaplecze frontu, ważną rolę w prowadzeniu wywiadu i dywersji. Projekt stworzenia oddziałów dywersyjnych zrzucanych na tereny zajęte przez wroga powstał w Wielkiej Brytanii jeszcze przed wojną. 16 lipca 1940 roku premier Churchill zlecił Hugh Daltonowi, ministrowi Wojny Gospodarczej, stworzenie potężnej organizacji dywersyjnej SOE – Special Operation Executive (Kierownictwo Operacji Specjalnych). Legenda – czy raczej usłużna propaganda – przypisuje Churchillowi lapidarne określenie zadań szefa SOE: „Podpali pan Europę.” Pierwszą powołano w SOE sekcję francuską, następnie polską, która patronowała cichociemnym zrzutom. Ponadto w SOE działały sekcję: albańska, duńska, grecka, holenderska, jugosłowiańska, niemiecka, norweska, Półwyspu Iberyjskiego i włoska. W odróżnieniu od innych sekcji SOE polskie zrzuty cichociemnych wyróżniały się znacznym stopniem organizacyjnej samodzielności. Dobór skoczków dokonywany był wyłącznie przez władze polskie, pseudonimy, dobrane przed skokiem, znane były tylko w oddziale IV sztabu, władze brytyjskie nie miały do nich dostępu. Polacy, jedyni w Wielkiej Brytanii, posiadali własny kod w łączności z krajem. Całość cichociemnych zrzutów do Polski to jedna z trudniejszych i ciekawszych operacji drugiej wojny. Rozgrywana jednocześnie na ogromnym obszarze i w wielu krajach: na kursach dywersyjnych wśród pustkowi północnej Szkocji; w tajnych ośrodkach szkolenia w Anglii zamaskowanych obojętnymi kryptonimami; na specjalnym lotnisku polowym tak zakamuflowanym wśród szklarni i farm pod Londynem, że nie wytropiły go niemieckie samoloty rozpoznawcze; na trasach nocnych lotów ponad Danią i Szwecją, Albanią, Jugosławią, Węgrami i Czechosłowacją; w dalekosiężnych bazach łączności w Londynie i Brindisi i w placówkach łączności radiowej AK tropionych nieustannie przez niemieckie stacje namiarowe; na placówkach wyczekiwania i zrzutowiskach w Generalnej Guberni; w lokalach kontaktowych dla „ptaszków” w Warszawie. W krąg cichociemnych spraw włączyły się ochotniczo dziesiątki tysięcy ludzi: skoczkowie wybrani z tysięcy kandydatów, instruktorzy przedziwnych specjalności i zawodów; lotnicy polscy i brytyjscy, najlepsi z najlepszych, którzy po odbyciu swej „kolejki” wypraw bombowych nad Niemcy zgłaszali się do samotnych nocnych lotów; spiker Polskiego Radia nadającego w programie BBC, znający kod zapowiedzi alarmowych dla placówek odbioru w kraju, i żołnierze AK tychże placówek, także i ci, którzy po dziesiątkach alarmów i miesiącach wyczekiwania z bronią w ręku, wbrew melodyjnym zapowiedzią BBC, nigdy nie doczekali się zrzutu; „ciotki” – niepozorne, bohaterskie kobiety, które nie bacząc na łapanki, wpadki i aresztowania opiekowały się skoczkami w okresie aklimatyzacji po skoku; ludzie przyjmujący cichociemnych pod swój dach. Brali udział w organizowaniu cichociemnych zrzutów nieliczni znani z nazwiska czy pseudonimu i rzesza ludzi anonimowych – cierpliwych, niezawodnych, odważnych. Zmobilizowano do tej akcji znaczny potencjał przemysłu i wynalazczości, jak i zwykłej pomysłowości; eskadry specjalnie przystosowanych bombowców; tajną służbę meteorologiczną nadsyłającą do Anglii, a później do Włoch komunikaty z podbitej Europy; stacje radarowe i zwykłe latarki, wyznaczające na sygnał radiowy z Londynu kierunek nalotu bombowca na polanie pod Łowiczem; służbowy samochód powiatowego lekarza, którym przewożono zrzucaną broń. Zadziwia prowadzenie tak rozległej i długotrwałej operacji wojennej w tajemnicy przed nieprzyjacielem. Wywiad niemiecki i gestapo wiedziały o cichociemnych zrzutach do Polski. Jednemu z aresztowanych w Warszawie skoczków pokazano na Szucha fotografię z kursu w Anglii, w którym brał udział. Ale mimo znajomości celów, zakresu i sposobu prowadzenia cichociemnych zrzutów Niemcy nie potrafili nigdy włączyć do nich swych agentów ani tak rozszyfrować organizacji zrzutów do Polski, by móc je skutecznie zwalczać. O możliwości takiej penetracji świadczyły tragiczne doświadczenia francuskich spadochroniarzy zrzucanych z Anglii, którzy niejednokrotnie skakali w ręce Niemców. Operacja cichociemnych zrzutów obejmowała trzy działy: dobór i szkolenie skoczków, przerzut do Polski, oraz odbiór zrzutów w kraju. Do służby w kraju zgłosiło się 2413 ochotników, przeszkolonych i zakwalifikowanych zostało 579, skakało 316 żołnierzy i 28 kurierów politycznych. Wycofywali się podczas szkolenia, widząc, że podjęli decyzję ponad siły lub na skutek nieszczęśliwych wypadków. Rezygnowali po nieudanym locie. Każda zmiana decyzji była uwzględniana. Nie żądano nawet jej motywacji. Mimo to – a może właśnie dlatego – wycofywali się bardzo nieliczni. Byli i tacy, w pełni przeszkoleni i zdecydowani, którzy nie zdążyli skoczyć. Najstarszy skoczek miał 54 lata – najmłodszy 20. Wśród cichociemnych reprezentowane były wszystkie stopnie wojskowe: od generała dywizji do szeregowca, wszystkie rodzaje broni. Po skoku skoczkowie awansowani byli o jeden stopień. Szkolenie Wyszkolenie skoczków obejmowało następujące specjalności: dywersja, wywiad, łączność, zagadnienia lotnicze oraz oficerów sztabowych. Trwało od kilku miesięcy do roku. Najdłużej przy szkoleniu oficerów wywiadu. Poziom i zakres wyszkolenia oraz liczbę zrzucanych skoczków w każdej specjalności uzależniano od żądań kraju. Pieczę nad wyszkoleniem dywersyjnym skoczków obejmował major Józef Hartman, opiekun i przyjaciel cichociemnych. Programy szkoleniowe doskonalono w miarę upływu czasu. Program z 1943 r. Różnił się w szczegółach od obowiązującego w 1941 r. Inaczej jeszcze, bardziej skrótowo, wyglądał ułożony w 1944 r. w Bazie nr 10 „Impudent” w Ostuni, we Włoszech. |